O nas

gniew wybranki burzy
śmiech ozdrowieńca całunu
zorzy zjednoczenie
prześwietlenie tęczy

umarł lipiec
w pustelni snu
dotyk wody
widziany nie słyszany
nawleczony język na ląd

remont nieba
druga strona lustra
Bóg farby
schował w kieszeni diabła
Bóg tulący odcień atomu

koloru ecru

nie wsadzaj ręki
bo ruszysz talerz uczty ziemi

bo wyciągniesz
oręż odbicia
zamiast zbawienie

Co ludzkie pytania

podupadły w wierności
niosę zmęczenie
uczta pewna
na stole wymysł stulecia
mamy apetyty wieczności
Fukushima
eksploduje
domniemając
o zasadzie przykazań
ubiegają się o
o gapiów
wszystkie:

surowe
– jeszcze trwale
zatwardziale
wolno mi tak, jak memu małemu
światu
nieskażone

budowniczy sumy oddechów
spośród tysiąca gwiazd
obrałem ciebie
skażone
co powstaje
co tłumi
wrze

Co tylko umiem

Lubimy oprzeć się na pewności
zamieniając drganie

tutaj i za miliard lat
umrą za nas dzieła: wielka podszewka świata,
a sztuka
odetnie od podszewki

domniemanych uli – umęczonych nocy
dni przegadanych w wędzidle

zostaną wibracje w postaci promieni
wam ustanowię

z głębi serca to, co tylko umiem
nic więcej

Prosty element

wezbrało nasze spełnienie:
w dotyku jutrzni

w milczeniu canta
teraz widzę i nie widzę
ujadam i dowartościowuję
łkam i dziele promienność
dzielę promień
zaokrąglam, łamię
w dziele i w braku

z innych prób, z innych wytworów
tworzy Bóg i mistrz
jednak mistrz jeden – bogów tysiące
artyści obaj – wynoszą na cokół:

wyczerpanie prawdy, niewolą kłamstw
osypane nieskończoności róż
płatek umiejący mówić, to coś

Mój dom nie jest z tego świata

Jestem pielgrzymem pośród oceanów pustki
Jestem pielgrzymem pośród obrad uczty ziemi
Niebieskiej pustelni mam prawdę śmierci

Jestem kimś i nikim
Jestem pielgrzymem wytworu wyobraźni

Modlitwa moja nie jest z tego świata
Ja nie jestem perłą na dnie
Jestem na dnie umęczonym spichlerzem dostojnych słów
Martwię się o patos i żart
Ale jestem pewien ciebie zamyślenie

By w twoim wnętrzu czerwień została czerwienią
A biel – bielą, otóż to są nazwy puste

I uśmiechnięte

Nad innemi wodami pochyla się cień i nie widzi nic
Prócz pestki ujmy ustroju

Piękno rozebrane w udrękę

zbawiony oczyma – speszony szeptem, ujednolicony:

na brąz rzucą cień, złotu dając gorycz
w srebrze jest wszystko czego nie wiesz

miejsce postoju i miejscem włóczęgi
w kraju pewności, w mieście snu
we framudze drzwi szparka: podglądasz

pustelnie artysty – miejsce ucichłych braw
brew zatrzyma łzę

z tego portu, do innego wymierzą ci
krzyk i gwar, gdy będziesz szedł po znój
Nieba, zatrzymasz się na chwilę, spojrzysz:

zlękniony splendorem –
misterium chcę, muszę i jestem szczęśliwy

nic po nas, bez nas
nic co powtórnym było?