Element wieczny

dług ma szept, bo miłość redaguje kurhanem
dając wzrok klęczącym zachodom,
bo krępuje myśli, bo nastawia kości
które chciały być zbyt wyzwolone

dług serca rytmu – bije choć dawno zmarła we mnie otucha:
klęczące zachody, odbite wschody
wyszły na świat: widząc i nie
płacząc i nie, śmiejąc się i nie
odtąd to wiara regeneruje sny
odtąd to miłość przywłaszcza ciała
odtąd gniew nie istnieje w galaktyce
choć kosmos pulsuje

plując od początku coraz dalej i dalej

Czysta myśl

z ognia widziałem prawdę – wiatru poszumu wolność
niesie mróz na barkach księżycowej… tuli-sz widzianą
obligacje oczyma pierścienia, ubiegam się o bunt na statku

widoków dnieje – pochopnym żartem oczu dwoje ust
jedno zbliżenie, ciał kantata natchnienie wtóruje bulli
ze średnich weków powstaje uczta – Ty przeciętna

Ja – wybiórczy braw memorandum ku meldunkom zza
morza, wybiegaj w nie, odsuń nietolerancję – utoń póki
widzę – i zbawże cień muzyki przedwieczoru. To moja

skala nie mieści pojęć, gdy wśród idei zamieszkują
miłość i szacunek – weź głóg w dłoń, weź klechdę góry
którą znasz, której nie znasz i zasiej w mej myśli czyste

Błędna burza

Jestem z płomienia wydartym rumieńcem
Jestem, jestem z troski i odpowiedzi
Jestem z wody płynnym językiem mówiąc
Jestem z powietrza zachłyśniętym okrzykiem wiatru i wiary
Jestem z ziemi kością wydartą z padołu

Posypany ziarnkami ubolewam nad prawdą
Płomienny rozkazem żądzy ciała duszę w sobie : Prawdę i miłość
Z pośród czterech ta największa, bo zajmuje trzy-czwarte powierzchni
Ujarzmij pędzlem pęd ku świętości

Mając w rozumie dwa worki pod oczyma
Jeden wykształcony kierunek w obozie w drodze na szczyt
Kilka kropel potem zamówię twą obecność
W nieobecności stoją przywileje : do głosu i czynu
Jestem człowiekiem – stopnieję w ręce ukochanej
Uschnę na pustynnej burzy wędzidle – dopiero utwardzę się w miłości…

Gdy spadnie śnieg na źrenice wiecznie głodne spełnienia
Sen się spełni muzyką z serca na liniach podtrzyma
Wieczny zachwyt literatury

Ważąc grzechy

Sięgam po gmach niebieski – stoję na tratwie pożegnań
Wybiegam w wersologiczną przepaść, by złapać przeszłość
upuszczoną przygodnie bez zorientowania. Umiem i nie,
ubierać się w artyzm wyznania, bo bezwstyd zostawiam

ogierom na wybiegu. Klęczę tylko przed krzyżem dziesięciu
desek, każda drzazga umiera zatorem łzy w oku reumatyzmu
i grzęzawiska. Kałuże omijam nienagannością formy –
ugorem eklektycznej zarazy: frasobliwej miny widzialnej

i słyszalnej. Zjednoczonej podczas aktu transcendencji, ubolewam
nad słowy. Który wybrał wiarę – będzie mu sprzyjać. Mając
tylko je w drabinie zbitej na potrzeby moje i całego świata.

Jestem klauzulą wyjścia, poza nawiasem pewne traumy uszczypnięte
wedety, sen mój snem proroka. Mam i nie mam porządek
w pięknie wszelkich postaci: wiersza…

* * *

promień śledzący uniesienie, gwizd ślizgający się
na chodach, nadgryzione morze, uszczypnięte

chmury i niebo. Podjęto próbę napisania prostego
wiersza: runęło upojenie, góry wypiętrzone

mówieniem – cisza pomiędzy ciałami niebieskimi
zręczność doboru oddech: do rzeźby ciała

i nieuchwytności ducha. Rusztowanie sięgające
gwiazd wali się, ustało bicie – zaczęło się: spadek

ciśnienia w śluzie pomiędzy przesileniem,
a równonocą? Seplenię w twoje milczenie pustynie

kultury żywej: kultury martwej owoce może umiej mówić – przyodziana lecz
umarła – miłością. Uczucie: tak odlegli, a bliscy

Młoda para

W deszczu
Niebo upada – upadają oklaski

Dłonie podnoszą
Cykliczność
Świętych oczu

Świeckich policzków
Od pychy zrzeczonych przywileju Nieba

Które widziały
Występek i prawdę, choć nazwy puste
To ty tupiesz
W ziemię jak hotel puka z obłoków

Chciałbyś zakłamać
Swe nierządu przywileje
Od ostatniego spotkania
Minęły sekundy
Ukradłeś je parze

Zniszczyłeś człowieka
Zachód cię poniży
Który był dobrą istotą
Głodnych pór roku

Praleizm prawdziwy

zawsze napiszę
zawsze zrobię
zawsze popełnię przemilczenie
zawsze podniosę dźwięk
by
zawsze torturować strach
a dać radość szczęściu
zawsze pędzę i zawsze hamuję

moje życie zawsze
bo w ciągłości jest wyraz Boga, który zawsze
popełni to za czym tęsknisz
a zawsze będzie świat
a zawsze będzie noc
a zawsze będzie miłość

bo zawsze upada
bo zawsze podnosi się
bo zawsze jest neutralne
bo zawsze jest wygrane
bo zawsze jest przegrane
bo zawsze tuli się
tli się i popieli

i zawsze stawia kropkę
by zawsze dać przecinek
by zawsze zapytać i wykrzyczeć
retoryczne: zawsze
jak wybraniec gwiazd
zawsze pytaj
masz popyt na wichurę i orkan w wieku wiekach

amen

zawsze nieistniejące
a spowiedź – skuszę
zawsze pędzę
zawsze wędzę
zawsze gotuję
zawsze parzę
zawsze duszę
zawsze urabiam
skruszę mur, bo napiszesz, to czego nie napiszesz
bo wiesz
bo wiesz
bo wiersz
że jesteś tanią podróbą

upatrzono sobie gwiazdę, aby się wyżywać

byłem wierny każdej anaforze
i nigdy nie zabrakło mi chleba
bo zawsze, zawsze, zawsze i zawsze
wierzyłem

Tak, to do ciebie

Jestem kochanym dzieckiem stulecia, studnia gubi kręgi
im dalej wzrokiem sięgniesz, tam sercem nie sięgniesz
bo dojrzysz prawdę: sensu stricte – prawdę.
W gardle ludzie chorzy na jad, a wąż był jedynym sygnatariuszem

słowa mówionego. Jeśli umrę mogę – czekać wieczność
na spełnienie Nieba. Wpierdol mnie za prawdę mówioną,
za prawdę pisaną, za to czego nie ujarzmiłem a ujarzmię,
bo wedle postanowień, nowych prawd, odwiecznych

prawideł, bo używam tych samych słów, już drugi raz.
Do trzech każą mi liczyć kaznodzieje, a ja lubię filozofów
w perukach koloru świecącego. Uświęcę twój wygląd
swoim wersetem, jak Pan przykazał – nie rozłamiesz mnie

twoja sztuka to plastik, a ja nie należę do gatunku, który
nabierze się na gówno. W oceanach tony: fauna krzyczy,
flora swe dziedzictwo umartwia pewnością nad niepewnością
niepewnością nad wahaniem, to dla ciebie ta filozofia.

Wstydzę się ciebie, twoja orientacja upokorzyła ciebie do
setnego pokolenia.