Dla taty i mamy

w prawdzie powątpiewa uchylona zadość

połowę słońca gwizd: jego żaru budzi oddechy
przeciwko ludzkości
przeciwko prawdzie nie wystawiono jeszcze broni
takowej nie ma od salutowania gwiazdom bolą
wersy, choć jest ich coraz mniej, coraz więcej

muszę jeszcze zapytać o języki świata – czy pomieszanie
ich było kwestią przypadku, a może taiłeś poród
w sentencji mądrość twa urasta dniu i nocy
czy musisz zamawiać dla swych synów okamgnienie?
bądź niedowidzenie – choć tego nie ma

ujmij mnie, wspomnij gdy zapomnę, unieś brew
w okoliczności dla mnie niesprzyjającej
nigdy nie wypowiem, że zostawiłeś mnie dla pełni
bo mam nów, a tango trwa, senność półkuli lewej, jak ostoja w czasie niepewnym

nadzieje nadejdą, zwątpienia przybędą, umiejętności nabyte:
wiersz to wytrzyma, który kocha mnie
tak bardzo mocno, jak ja swoich rodziców

Naiwne

żebra zdzierają miąższ z bruku. kłaniam się
– mgłom, twoje naturalne ciepło sporządza
mapę dwóch ciał cierpiących na jedno życie,
czytani przez morze na wskroś głęboko

trzy języki: – język prawa, – język poezji, – język
w ustach. język: – migowy, – polski, – programowania.
zbudujmy wypowiedz tak, aby trzy liście za
bugiem zgubione. pozwólmy bogu, być bogiem

i w trzech koronach mieszkać jak u mamy:
– zupa grochowa, – miękka pościel, – smalec do
chleba. upadam trzy razy, w rękach mając
dzień i noc. błędy w życiu, żadne raz dwa trzy

nie wypędzą mnie, – umrzesz ty, – umrę ja,
– umrze świat, są jeszcze pory roku, której jeśliby
zabrakło ludzkość wyginie, jak trzy kropki
i niedomówienie za to co było i jest po śmierci.

na koniec pomieszały się… wniknąłem w sęk
– miłość jako noc, rozumiesz to, co przeżuwasz
– oddech znieczula dotyk świata, w kondukcie
żałobnym ptaki, nie chowaj głowy do gniazd zimowych,

w poetyckich intérieurach, wezwij, zajmij się
własnym horyzontem, krople deszczu w butonierce,
jak sezon w piekle. anonima – per procura
klepsydry? biały kolor ścian, szron zdzierany na

marginesie, liczą – gwar: słowa, są jak piasek na
pustyni – gdy chcemy im nadać sens rozsypują
się, już gotowy rękopis kpił z wolnego słowa;wybacz,
ale nie uczestniczę w niczyim telefonie zaufania

ulice powodują, że jestem szczęśliwy, dla szczęścia
zamiotę wszystkie gwiazdy, twoja cena, jest
proporcjonalna do wagi. w muzyce róż jesteś znany
wszystkim, europa się jednoczy wyprowadzką

donikąd

Czyste ręce

Jestem studnią, która nigdy nie wyschnie
dopływ prawy – lewy – język pragnie, woda poddaje
spekulacja i pewność
głuchością leczy ranę po wydobyciu

Jestem długiem zaciągam się
w galonach, by
wyrzec się szlachetności kryształów
której się nigdy nie wyrzeknę
który to mój ojciec – to mój ojciec

wiercę do głębiny o przypływ pytając Posejdona
nic złego cherubin mówi:

oddzieliłem wody powierzchniowe od wód firmamentu
dałaś światło, światło pozostało
umie wytworzyć jutro, skamienieć wczoraj

Wszystko jest dobre
uchwyci ciężar wody, którą obmyłeś ręce

Genesis

Dotknij mojego słowa – wyrwij mnie z niepisania
ulep posąg z myśli puszczonych w miłość,
bo jeśli się puszczać – to w miłość, nic ponad to

ponad popiersiem krążący ptak utrzymuje urząd
prezydencki – pewności i niepewności,
zaległości zachłannej, altruistyczny szkic ponad stan.

Mam ugodę i porozumienie ze stadem w środku
frazy pies pasterski, linia i chytry wilk na obwodzie
zamyka ramy, a w nich mieszczę fenomen genezy

umierającego słowa, bo słowem byłem, słowem
jestem i słowem będę. Bez obrazy dobry Boże
zastanawiam się: czy wyszedłem z tej męki zwycięsko i tryumfalno?

Własne słowo

innej wtorkowej pasji nie będzie
choć dziś, to dziś, a jutro – to jutro
brodzę w zapale umysłu czystości

wierność sobie: odpowiedzią
pokuta ma stygmaty twarzy dobrego imienia
– firmowa woda obmywa ręce

na górze jest wszystko wiadomo
na górze nic nie jest wiadomo

ujęcie rzek powoduje dryf kry namiętności

czytam – czekając, własne słowo

Fortuna zalążka szczęść

Kocham cię bardzo
swoim krzykiem nieskrępowanym
dotykiem nie z tej ziemi, bo z tej ziemi
węchem połowicznym u serca i umysłu
intelektem zawierającym pierwiastki
w pewności i wahaniu

ustankiem, nad nieustaniem
w piramidzie i pierścieniu wylęgłym
z aureoli, bo ze mnie człowiek prawy
więc prawo daję tobie – do siebie i miłości

z serca ramię oparte na skale
stopy na skale, usta na skale
w skali jeden do milion, więcej
nie uchodź z życiem, z miłością
po tych kamieniach dojdziemy
wszędzie od zera do nieskończoności

od dobroci po złość, bo ze mnie
człowiek prawy – więc prawo daję tobie –
nie obchodzi mnie

co powiesz, to powiesz
co przemilczysz – urośnie szeptem
czym zamilkniesz – ?
nim kamienie ustaną ci w ustach
uczucia są pięknem:

zabierz sobie pieniądze
mi zostaw łaskę losu –

szczęście

Wiersz opatrzny

zastanowiłem się nad rozgałęzieniem:
obwieszczając, szumiąc, zrzucając
kwiecąc także

umarłem w cieniu
owoc mych włóczęg
zrzuca płomień
rozdarty na niebo i czyściec
o piekle zapomnij

tutaj jest areał –
ty ostrożny kupcu
ile będzie Ksiąg
na straganach z miłości
czerpanej wody umywającej
świecy dogasającej
kropli niespadłej

ustawy nieprzegłosowanej

mech uchwalił w izbie cień
wiem gdzie iść
wiem gdzie usnąć
wiem gdzie kochać
wiem, że to co było jest dobre
a pełnia?

zanuci mi cud
jakim nigdy nie będzie mój wiersz
ale wiersz, z którego wyszedłem

bo od wiersza zaczęło się
wszystko

Rodzice

stopnieje wszechrzecz
upali knot zbliżenia
zabliźnione pogoda i słota

Maksymilian Poznany Maksymilian Wierny
Maksymilian Czarowny

uzna szczyt w chmurze
uzna wieczór w wieczności
powinność z wolnej woli
wolę w istnieniu

wszystko w imieniu Boga
mieścisz

wszystko w imieniu
ujednolicona dławiąca kretówka
na twarzyczce

umiejącej jeszcze uśmiech
wydobyć spod ziemi

jestem pełnomocnikiem braw
ustanawiam to, uczczę śmiech –

czego

chce fundamentalny ojciec