Refleksja

(chodził dziś za mną ton niezgody)

 

zachowałem tradycję proporcjonalności i umiaru

na ojcowskiej ziemi owocują moje wiersze

niczym ćmy przy świetle zwabione

stałem się człowiekiem z krwi kości i metafory

stałem się a ty boże opuściłeś mnie

w formie nade wszystko poetyckiej

staniemy dziś na równi ja artysta – ty człowiek

na wzór i podobieństwo stworzony

obiecuję wiecznym piórem nakreślić

znaki te wszystkie? które dla ludzkości –

mi są znajome

Słowo

„Słowo”

 

było ciemno

a ja nie wiem jak to jest zmieścić się w trzech linijkach

jeden bóg mi świadkiem

zakosztowałem tajemnicy

na sto pięćdziesiąt jeden artykułujących

głosek

osoba mówiąca w tekście

często patrzy z perspektywy trzeciej osoby

jesteśmy połączeni wagą

i materią łączy nas także język

słowa

Interlinia

„Interlinia”

 

 I.  wiersz po którym chodzę                                II.   wiersz na którym leżę tuli mnie

     obraca się w wyższych sferach                             do ust rusałki wydartej z maligny

     jakbym stopę zanurzał w rumianym                  w pocie czoła otarty, ostatni

     uśmiechu dżdżystej chmury                                 symbol i znak interpunkcyjny

 

III.  przybity do krzyża południa                         IV.   w drodze mlecznej wylanej

       w nocy nic nie jest takie samo                              dla kuszenia zmysłów wdziękiem

       zimą konstelacje zmieniają                                   literalnej galaktyki, choć widzę

       położenie – autorskie bezprawie                          ją jako interpunkcję – świadomy

 

 V.   praw i obowiązków obiecuję                         VI.   kontaktują się zmysłem słuchu,

      dbać o swój nieboskłon, jak linię                           ja za to zapatrzony niepamiętny,

      horyzontu dla otwartego umysłu                          że oko to najdoskonalszy narząd

      a w nim miłość i wszystkie beauforty                   w wylewaniu fal poza koryto

 

VII.  40% roztworu patosu, upijaniu

       się światem widzialnym – w naszym

       wymiarze historiami er i pradoliną

       jaką biegnie nasza arteria kierunku

Szelest

„Szelest”

 

dusza rdzewieje od czekania

młodość zachłan­nie wy­rywa kar­tki z ka­len­darza życia

je­sień naszych dni prag­nie je tam zatrzymać,

mówią: prawdziwi przyjaciele razem szukają samotności

– osobiście jestem wrogiem boga

ale wszystkie jego prawidła są jak malowidło i rzeczy

nigdy nie są jednym,

 

dużo łatwiej jest napisać dobrą sztukę, niż ustanowić dobre prawo

mówią; wiedza umacnia i łamie charaktery

jest coś takiego jak malarska prawda rzeczy,

bo pierwszym obowiązkiem artysty jest opanowanie rzemiosła

na dłuższe wieczory

trzy puenty i jedno kłamstwo czynią dziś pisarza

 

ja mały cezar przy klawiaturze – gram źle, choć wygrywam

piękne kłamstwo z listem wziąłem do ręki?

uwaga! to już twórczość, jedna kreska oddziela czasem

dwie epoki sztuki, wiesz w szanujących się teatrach

powinna istnieć zapadnia

 

ze wstydu, proszę: naucz mnie sztuki małych

kroków, bo co innego jest być krewnym

lwa, co innego wilka, pomimo że płonie mój rzym i pęka

popiersie tyrana, pamiętam ciche jasne,. złote dnie

najważniejsze karty

historii odwracają się bez żadnego

szelestu

Piątek po 16stej

„Piątek po 16stej”

wyszedłem z pracy, żeby złamać podstawę prawną kodeksu postępowania

administracyjnego: wejście w temat do szpiku kości, ofiara książki zwrócona niebu.

doczesny śpiew winno się wino pić czytając poezję, pisać z sensem z sensem,

żeby żadna późniejsza godzina nie zastała nas w drodze do raju,

 

a mój ojciec też kończy pracę w piątek po 16stej i tak wolni składamy

oficjalne podanie, które wydane bez żadnej zwłoki fundamentalne pytanie

– czy te godziny watro ofiarować swojej połówce jako stygmat? bo nawet

jeżeli ojciec świętuje to, co syn trzyma w ręku – jego dłoń zawsze

 

kierowana przez natchnienie nakreśla wyrazy i wersy ponadczasowe.

jestem zwolniony z obowiązku przestrzegania kodeksu, „nie mogę uwierzyć

w boga, który chce być chwalony cały czas.”, dlatego „dusza – to dziura

w bycie… niektórzy wierzą, że można nią przejść aż na drugą stronę”

 

bądźcie mi kręgosłupem wszystkie podarte ściągawki. morale od niego

zależy charakter i wyjaśnienia listu, z którym rozstaje się przed nocą – niemiecka

precyzja, hiszpański temperament, polska zawziętość – od zaraz! „moje

poglądy bliskie są poglądom Spinozy: dałem ci lot albatrosa, podziw

 

dla piękna oraz wiarę w logiczną prostotę w porządku i harmonii”,

„czekam na taki czas, gdy zwykli ludzie staną się sławni właśnie dlatego,

że są zwykli! a często ostatnią rzeczą, której człowiek się trzyma, bywa

czyjaś dłoń”

Zaraz po urodzeniu nadano mi isbn

„Zaraz po urodzeniu nadano mi isbn”

 

nie sądzę bym opanował się literom. nadano mi ramy do zaspokojenia

formy poborowy języka, z kategorią najwyższej gotowości służenia

kulturze opanował usta – słowa mimowolnie wydostawały się poza granicę

dobrego smaku, nagrodzony przez dolę życia z racji stanu: cieczy,

skały, gazu „do gazu panowie do gazu” mówią usta głodne puenty. kleks

wieku, bo ten dotknie każdego, jednak czy to co wcześniej się działo

 

zrobiło na nim wrażenie, zrobiło z niego prawdziwego mężczyznę? z krwi,

owacji i metafory? za dawnych czasów służba wojskowa łamała

życiorysy ale nie charaktery, a w kajutach śpiewano przyśpiewkę:

„przyjedź mamo na przysięgę”, „wracając chwiejnym krokiem po oblężeniu

nad ranem”  – cywil, jak dobry towarzysz łakomy wytrawnych point,

uszył na drutach harfy Apolla – sonatę z 39 wierszy o wódce i papierosach

 

Świetlickiego. uczynione na przestrzeni er, mileniów, wieków, cienkie

obostrzenia. dłuższy niż niejeden staż – poezja nie zmieniła się jak

tworzywo – jej kształt i zawartość z rejestru gdziekolwiek ze surowca

słowa, jego dziecięcego głosu powstają rzeczy niebywałe, ich rozkochane

ciała spaja myśl kołyszącej drużby

Champion

„Champion”

 

biegam w szlafroku za duchami zamarłych wieszczów wdając się w szczegóły

– surowców ci u nas dostatek, jak diamencik ustroju: ocalony górnik w kopalni

słowa – hapaks legomenon błaga dziś o bezpieczeństwo. mocne wrażenia

kilkaset metrów pod ziemią, a nawet milion lat świetlnych ćwiartuje

od zachodnich sztolni, telefon z innego świata przybliża mnie

do żelaznej kurtyny, za którą już tylko wolna, samotna, niepokalana

 

czeka na ognisty krok względem ciała i duszy… podobieństwo jest uderzające:

aż chce się więcej. dyplomacja zawiodła, jakby pieśń wygrawerowana w złocie,

była warta coś więcej, prócz perspektyw na przyszłość, idei z jaką chcesz

czytać bystre księgi, przemierzyć pępki świata w poszukiwaniu. tablica

zamknięta – poeta za wszystkich poznanych słów tworzy wytwór nieśmiertelny.

wyczerpane surowce, niczym morze bez soli, odnawialna energia –

 

będzie uciskać krwotok, aż przyjdzie kompozytor i oznajmi: skończyłem

dzielić słonce na umarłe i żywe, chiaro i scuro zapytałem – kto chce iść ze mną?

żeby księżyc oświetlił słowa literackie… tablica zamknięta – zeznania

publiczności – nie dają satysfakcjonujących dokumentacji  – w odzieży roboczej

przyszło mi szukać nadziei i wyzysku na poligonie poległych mistrzów

w muzyce, pojutrze

Przypływ

„Norweski przypływ (Słońce i Księżyc)”

 

budzi mnie świt tysiąca słońc

rozpiera wszelki zachwyt czterolistna koniczyna

na statku zwariowały przyrządy pomiarowe nawigacji

liryka już nie obejmuje skali,

 

bo dlaczego chłopiec staje się w jednej chwili generałem

broniąc racji stanu w jakim jest jego dziewczyna?

wszyscy wiemy, że chodzi tylko o ten jeden –

pierwszy promień uknuty przez matematyka,

 

który jest zarazem architektem

wszechrzeczy, pierwsze wynalazki nadeszły razem

z cywilizacją wylewów, jesteś zabawką w butelce

– statkiem zaryglowanym konkluzją, dziecko pyta

 

– w sercu oświecony umysł wie, że może

jego słowo się wypełni, zanucę przyśpiew o marynarzu,

który w każdym porcie wychodzi na świat…

z matki karmiącej życiem, rozgrywa się przypływ

 

(być może „karmazynowy, polując na czerwony…”)

a może rumieńce piekła wyboru, bosmanie?

Uchwała

„Uchwała”

 

smak pierwszych jabłek ustalił z góry scenariusz

syndrom sztokholmski –

zgubić się w lesie wrócić do korzenia

zapuszczasz pędy

łamiesz dwuwymiarowość pędząc z błękitnym

 

ogniskiem żywiołu

nadano ci imię dla świadectwa

nadano numer i skalę –

wdrażając swoje prądy w prawidła epoki

 

jesteś główką

od szpilki masy wszechświata

 

dziś ja panuję nad jeziorem – okute lodem

łatwiej poskromić zmurszałe wyobrażenia

 

czysto teoretycznie wiem, kiedy

spotka mnie literówka judasz będzie śmiał mi się w oczy

 

jego wolność odbije się na zdrowiu

kilkunastu pokoleń

jego jabłko dawno osunięte z drzewa

 

odbiło od stopy, uda i ucha, runęło na ziemię

z silą meteoru ciągnąc włosy

 

jak lawina siarkę na pamiątkę tamtych dni mamy wiersze

i dekalog – jestem jak atlas

 

dźwigam ciężar geniuszu, jako jeden z uczniów

stwierdzam:

 

niedaleko pada jabłko od jabłoni