Śmieszny człowiek

(Z cyklu eseje)

     Śmieszny człowiek zadał pytanie fortuno; a ta nie odpowiedziała ni słowem. Dlatego lepiej było by zadać pytanie – czy pytał fortunę, czy to ona okazała się owocem, strąkiem, który rośnie na gałęzi, byś mógł poczuć  w porze zbierania plew smak świata? Z posad ruszony – pędzisz w dalekie kraje, jakbyś nadal szukał  schronienia, a azyl jest w naszych głowach i sercach, a nie w dłoniach, które niosą złoto, ale w dłoniach, które chcą pomagać podczas żniw. Jak wiemy kośby to okres wzmożonej pracy, a ja jestem z zawodu tylko zwykłym człowiekiem, rodzę się każdego dnia i zadaję pytania, jakby zdziwienie leżało u podstaw mojego  istnienia. A tu chodzi o sztukę, tak nie wiem jak ona wygląda – czy jest ładna, czy nosi buty na obcasach, czy trzyma w ręku pióro? A nawet jeśli, to jest to tylko sztuka – nie pomoże mi w codziennym życiu, nie zapłaci rachunków, nie wstanie w zamian do pracy, ale może pokrzepić moje serce, pisana, malowana, śpiewana, może uratować brzaskiem, który nie wiadomo czy wzejdzie, bo przecież jest ta retoryczna, ale w niej są pokłady miłości, prawda i sprawiedliwość. Historię chciano wymazać z naszej pamięci, odkupić winy srebrnikami, jak Hakeldamę i co z tego, pytam co z tego? Że ziemia rusza się w astronomicznym pędzie. Kiedy na rękach jest zmęczenie, a dokonujący się przewrót, to tylko syzyfowe prace. Kiedy miód staje się miodem trudno dostrzec pracę pszczół, a później leży on spokojnie w sklepie na półce i czeka na twój gest. Pamiętaj! Tutaj jak w ulu może spotkać cię pomyślność, bo to ona jest zaczątkiem wszelakiego porządku i zgody. Słodkiego smaku triumfu ale i goryczą załamania. Jak myślisz, czy spotkanie z drugim drwalem może być właśnie tym krokiem ku lepszemu jutrze? Zraniony człowiek może zniechęcić się do pracy, kiedy tęsknota i ból zawodzą. Jesteśmy sami, ale tylko w miejscach, które budzą w nas lęk, jesteśmy w parach, kiedy przychodzi dzień sakramentów. Śmieszny człowiek, to cynik, albo wariat, mówią ludzie. Czy wytrwam do końca mej drogi? Lato upalne, będę czekał tu, będę czekał tu. Wyjęty z historii literatury pragnę, aby zapamiętano mnie za serce, intelekt i dobro. I choć „kończy się mój wiersz i już tylko krok i krzyknę niech żyje życie, bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci…” Umrze moja wygrana, by na nowym Placu Zwycięstwa, „bunt wzniósł słowo poety”.

Tęsknota widzialnych pejzaży. Krótki traktat wyrażony o marszrucie

(Z cyklu – eseje)

 

Dla kogo jest przeznaczone „coś”, co wybiega poza ramy zwykłej percepcji? Ubiera się w formę i nadaje tło dla pełnego wyrazu? Czy jest coś w tym magicznego? Jakaś magiczna szychta, która porusza fale morza, niczym ptaki – dzieli je na pół i wskazuje szlak jesiennej ucieczki? Przed czym uciekamy i dlaczego, to kwestie poruszane przez humanistów od wieków… Czy zwykła podróż może mieć charakter pracy u podstaw? Narastającej dzień po dniu w naszej wyobraźni, czy wiedzie nas po zakątkach jeszcze nie odkrytych, albo spychanych gdzieś na granicę, która może rozniecić w nas pasję (do lotu, do nadziei, do życia wypełnionego ukochaniem), a tak ukryta, jakby chciała na zawsze zostać nieujawniona. Uwrażliwiać, wzbudzić empatię, czy zwykłą pieczołowitość. Poeci mówią: „słowo – słowo jest niczym żywioł, jeśli będziesz chciał go wzniecić – może pochłonąć”. Jednak czy życie poświęcone drugiej osobie, nie jest prawdziwym darem humanitaryzmu? Zaangażowanie poszczególnych bohaterów może mieć wpływ na los populacji. Lecąc przez morze ku przeznaczeniu szukam czasem wielkich rzeczy, ukrytych w słowach i myślach; biorę pod uwagę wszystkie pro i kontra, wiedząc, że prawdziwą siłą jest tylko siła dobra duszy i intelektu, docieram w głąb wyspy i na niej pozostaję, próbując określić własne warunki współżycia z przyrodą, gdyż jej piękno czerpie inspiracje, pozwala odnajdywać się w kolejnych kilometrach drogi, która niekiedy bywa tułaczką i pasją, którą wzbudzamy w sobie będąc naprawdę wolni?  Jestem tego zdania, że należy w miarę możliwości budować w innych poczucie przynależności do małego świata, który często jest naszą Ojczyzną, odrzuca wielkomiejski zgiełk i panikę, bieganinę, która nie wnosi nic, prócz nieśmiałości względem drugiego człowieka. Zazwyczaj biorę wtedy do ręki książkę, czytając wersy – krok po kroku – odkrywam w sobie emocje, które jak korzeń suchego drzewa pragną deszczu. A przecież nie zawsze jest piękna pogoda i pomyślna temperatura. Lecąc nad morzem przedzieram się przez chmury, bez siły wytchnienia i bariery brzmienia ląduję na wyspie, która dzięki wierze, szlachetności i intelektowi nie okazuje się bezludna. Pomimo różnić – języków, wyznań, kolorów skóry, zadaję sobie pytanie o powinność, która ciąży nade mną jako Człowiekiem Emocji, Intelektu i Woli, biorę pod pachę książkę i odchodzę w świat fantazji. Czasami kaprysów historii i fanaberii bytu, przeciwności kolei życia, ale i scenopisu, który przygotował dla mnie tę historię.

Makulatura

Makulatura, dzieci – niweczą pomysły na przyszłość

 

gdzieś na dnie – nie ma słońca, a ziemia jest okrągłą rocznicą daty

wydania najgorszych historii, gdzieś na dnie – leży książka z minionego

wieku, kiedy w popielniczce płonie rękopis zmienionej koszuli zmięty,

otrzymał nagrodę kapituły i męczeństwo gapiów bo mam ich sporo – dzieci –

 

niweczą pomysły na przyszłość, zaś wiersze umierają samotnie w

podręcznikach do języka polskiego, a trudno jest unicestwić pożar jaki

wywołała Moskwa,  w czterech porach roku, tu gdzie jestem nie ma

słońca, a  jest tylko kosmyk włosów kobiecych między listami – uparta

 

rana współczesności, aż po rzemień naszych sandałów przywołuje

histerię sprzed dwu tysięcy lat, to błąd, że przystało mi kochać dwa słowa

oddzielone przecinkiem lęku i bólu, fikcją byłoby pisanie wiersza dla

potomnych, zadbam więc dzisiaj o siebie i może być, ale ja naprawdę

 

chciałem być częścią tego splendoru, który spotykał mnie po życiu,

tam gdzie rosną kwiaty najpiękniejsze, a echo odbija się jak słowo:

„Ratunku” wykrzyczane we wszystkich językach, mój pokój obumiera

zimnem – skryję się w kącie?

Kropka

Kropka

 

pomiędzy Politechnika Akademią a Uniwersytetem jest klinga światła

Konstruktorze Wszechrzeczy dałeś moc architektom świata szkolącym

się w Teoriach Wielkiego Wybuchu i Supersymetrii gdzieś pomiędzy ostatnim

ogniwem Darwina a Feerią Świateł istnieje pomost pomiędzy twoim

 

oddechem a moją parą tytuł bakałarza nie zwalnia nas z obowiązku

pływania pod lodem – bucht i fiordów ty machasz ręką jakbyś chciała

zgubić cienie prywatne ja wyzwolony z łańcucha modelu natury bronię

się przed złotym medalem ucząc się naszego prawdopodobieństwa

 

lekcja fizyki i fizyczności dała nam przepustkę do „kropki nad i”

 

/Tranów 11.04.2017/

Bez żyrantów

„Bez żyrantów”

 

między 7.30 a 15 pracują wierszokleci w biurach poezji zagubionej

licząc wyrazy dla prawdopodobieństw wysłanych w świat części mowy

wiązanej zgrany na dysk twardy orzech rozłupany przez krytykę akt

 

wandalizmu wdrożony w życie przy wsparciu psychologów innych

bohaterów tragedii grających z cenzurą jak ze zwierzchnikiem pracy twórczej

nagrodą pensja pozbawiona żyrantów i lepsza perspektywa jutra

 

ty jako odbiorca bierzesz na siebie przekaz formę i treść bym mógł

cieszyć się nagonką wotum nieufności rzucone niczym kurwa głowie

oświeconej stanowisko zajęte przez wrażliwy organ ci którzy wątpią

 

wysyłają sygnał światu – potrzeby piękna dziś mamy prawo i równość

dajmy szansę wszystkim którzy pracują gorliwie w wysokich tatrach

wysokie loty pozwólmy orłom wznieść się i upaść jeśli ich talent jest boski

 

z panem bogiem żyję dobrze – tylko czasem nie odzywamy się do

siebie rzekę oczyszczając z kamieni lepszy orzech dzisiaj niż arbuz

jutro i tak jest nas więcej niż dwoje jubilerów słowa

Refleksja

(chodził dziś za mną ton niezgody)

 

zachowałem tradycję proporcjonalności i umiaru

na ojcowskiej ziemi owocują moje wiersze

niczym ćmy przy świetle zwabione

stałem się człowiekiem z krwi kości i metafory

stałem się a ty boże opuściłeś mnie

w formie nade wszystko poetyckiej

staniemy dziś na równi ja artysta – ty człowiek

na wzór i podobieństwo stworzony

obiecuję wiecznym piórem nakreślić

znaki te wszystkie? które dla ludzkości –

mi są znajome

Słowo

„Słowo”

 

było ciemno

a ja nie wiem jak to jest zmieścić się w trzech linijkach

jeden bóg mi świadkiem

zakosztowałem tajemnicy

na sto pięćdziesiąt jeden artykułujących

głosek

osoba mówiąca w tekście

często patrzy z perspektywy trzeciej osoby

jesteśmy połączeni wagą

i materią łączy nas także język

słowa

Interlinia

„Interlinia”

 

 I.  wiersz po którym chodzę                                II.   wiersz na którym leżę tuli mnie

     obraca się w wyższych sferach                             do ust rusałki wydartej z maligny

     jakbym stopę zanurzał w rumianym                  w pocie czoła otarty, ostatni

     uśmiechu dżdżystej chmury                                 symbol i znak interpunkcyjny

 

III.  przybity do krzyża południa                         IV.   w drodze mlecznej wylanej

       w nocy nic nie jest takie samo                              dla kuszenia zmysłów wdziękiem

       zimą konstelacje zmieniają                                   literalnej galaktyki, choć widzę

       położenie – autorskie bezprawie                          ją jako interpunkcję – świadomy

 

 V.   praw i obowiązków obiecuję                         VI.   kontaktują się zmysłem słuchu,

      dbać o swój nieboskłon, jak linię                           ja za to zapatrzony niepamiętny,

      horyzontu dla otwartego umysłu                          że oko to najdoskonalszy narząd

      a w nim miłość i wszystkie beauforty                   w wylewaniu fal poza koryto

 

VII.  40% roztworu patosu, upijaniu

       się światem widzialnym – w naszym

       wymiarze historiami er i pradoliną

       jaką biegnie nasza arteria kierunku

Szelest

„Szelest”

 

dusza rdzewieje od czekania

młodość zachłan­nie wy­rywa kar­tki z ka­len­darza życia

je­sień naszych dni prag­nie je tam zatrzymać,

mówią: prawdziwi przyjaciele razem szukają samotności

– osobiście jestem wrogiem boga

ale wszystkie jego prawidła są jak malowidło i rzeczy

nigdy nie są jednym,

 

dużo łatwiej jest napisać dobrą sztukę, niż ustanowić dobre prawo

mówią; wiedza umacnia i łamie charaktery

jest coś takiego jak malarska prawda rzeczy,

bo pierwszym obowiązkiem artysty jest opanowanie rzemiosła

na dłuższe wieczory

trzy puenty i jedno kłamstwo czynią dziś pisarza

 

ja mały cezar przy klawiaturze – gram źle, choć wygrywam

piękne kłamstwo z listem wziąłem do ręki?

uwaga! to już twórczość, jedna kreska oddziela czasem

dwie epoki sztuki, wiesz w szanujących się teatrach

powinna istnieć zapadnia

 

ze wstydu, proszę: naucz mnie sztuki małych

kroków, bo co innego jest być krewnym

lwa, co innego wilka, pomimo że płonie mój rzym i pęka

popiersie tyrana, pamiętam ciche jasne,. złote dnie

najważniejsze karty

historii odwracają się bez żadnego

szelestu