Wierzę, choć?

Kiedy pójdę do nieba
ulepię sobie babkę z piasku

na oczach Pana zapowiem niedzielną sjestę

zrobię ucztę dla wzroku, słuchu, dotyku, smaku i powonienia

zaciągnę się do wojska łez

dorównam ojcu –
mamę powołam do stołu, by wstała
jaki zawsze chciałem mieć

dziadka włączę do kontaktu ze świętymi
nie chcę wujków, ciotek
chcę brata i kota
chcę dziewczynę, bym uwierzył, bym zakosztował, bym dobił

w nauczycieli, sędziów, artystów
szewców, lekarzy, referentów

docenił ich pracę,

oraz to, że szczęście istnieje

Podczytywany zachwyt

Gniewano się na mnie przeistoczeniem…
Wynaleziono: spokój i burzę, pychę i pokorę
prawdę i kłamstwo – u stóp góry
czarodziej artysta spisuje wytyczne natury,

ubiega się o urząd: myśli czystej, zatrzymuje
prądy niebieskich mas, spełnia jutrzejszą
nowiu zupełność. U nas gułag, bylebyśmy
mieli piąte przykazanie gdzie milion w rozumie

– dając pełni paletę – wstępuję na rusztowanie
sięgające gwiazd, galopuję na wstęgach
żelaznych ptaków. Mam udar w sobie i niepamięć
przykazań. Powinniśmy zapisać się na kurs

życia, kurs realizatorów snów – marzeń zaliczony
w młodości, dojrzałość spowita tangiem z eryniami
z miłością, na starość sensacyjny zamach stanu
okiełznam swój kraj, opłynę świat, tak by nikt

nie widział, nikt nie słyszał, ust twoich kochanych.
Dziecię melduje gotowość do tworzenia – nie
uległ kompresji, ni spadkowi zaczytanemu
w nas padpatrywując pod gołym niebem słońcu

Wszystko jest poezja

piszemy wiersze dla potomnych
rodzimy się jutro
umieramy wczoraj
błądzimy w lustrze, odnajdujemy sekrety gwiazd

dzisiaj wydajemy się wierni i pracowici
nigdy nie zapomnimy domu
zawsze będziemy chcieli tworzyć swój
mamy w sobie kulturę kłamstwa i nieobycie prawdy*
mamy Boga odpuszczającego

wszystko co jest poezją

.

* Wers cytat z mojego innego wiersza

© Maksymilian Tchoń

Na początku, pomiędzy, na końcu

Wolę kłaść się do snu
usprawiedliwieniem poezji
Ubiegać się o urząd myśli czystej
grać na instrumentach uczuć

Prawdę prowadzić trzeźwo
zamykać księgi dłońmi obmytemi surowym pięknem
Otulać twe ciało jak otula się dziecko
pieczęcią wzdychania monsunu

ukraść jabłko, którego nie było
dotyczy to mnie i ciebie
Zdobądź ten szczyt zimą, a dam ci

wszystkie lata na wieczność i wygony łez otarte źdźbłem jutra
bo kocham Ciebie –
tym, co było na początku i tym, co będzie na końcu

© Maksymilian Tchoń

Duchowe włości

Kościół – mój kościół
schnie na wzgórzu pamięci

Ja widzę elegancki
dobór narzędzi w ręku suszy
o której za tysiąc lat
powiedzą: mistrzowie sądu

Musimy wepchać się
tam, gdzie pada promień
tam, gdzie włości duchowe po świętach

nim zatrzymam
rumieniec w swoim sercu –
wyda ziemia jeszcze jeden owoc –
największym:

Miłość, która rodzi się, dojrzewa,
starzeje, lecz nie umiera

©

Jestem i znam wszystkie tajemnice

zaniosę prawdę do spichlerza, by zdemontowało rusztowanie
wyjdę najwyżej własnymi siłami. nie okradnę cię ze słów
nie okradnę cię z dobytku – nie okradnę cię z materii, mogę

jedynie chwytać promienie, aby ulepić z nich słońce – całkiem
nowe. mam w sobie żywioły i nie gładzę piersi kobiet, nie
odbywam podróży w dorzeczu ich ud. chcę mieć jedną –

jedyną uwerturę w całości. domniemane kłamstwa okrążają
ziemię, werbują dzieci. ja jestem prawdą odepchniętą od sytości
nie ma sumy, ani iloczynu w dłoniach splecionych siłą – jest

piękna różnica w wolności prawdy miłości. jeśli byłbym jak
cymbał brzmiący i miał dar prorokowania oraz posiadał wszelką
wiedzę; inszej jakości pęd pogoni, ucieczki, a góry przenosił,

miłości bym nie miał, byłbym: niczym.

Droga na …

– bronię zatoki pokoju
w dorzeczu lub szaleństwie:
we wieńcach na cześć

za klauzulą sumienia kurtyna

– ustanawiam krzyk
– lepię reumatyzm
– skórę piorę we śnie

zorza świadkiem bólu w psychice

– stawiam kroki na ścianach kopalni
– złożem moim bicie czystego serca
– odpadem zniewaga i liść jesienny

– zniewolony prawdą
targam za sobą zmęczenie
– kłamstwem chciano nas przygłuszyć

upadam po raz
– upadam po raz
tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy

Ostoja

Jedna łza kocha. Druga łza kocha.
Dwie łzy kochają trzecią. Nie rozlewaj
nadaremno, w winnicy czyste dłonie (by sobą pozostać)
stanowią prawdę, stanowią jawność szczerości…

Czy ustanowią popiół z którego powstanę?
A może morze z jego nieograniczonym
spokojem? Albo zorzę na niemagnetycznych
biegunach zmysłów? Stanowisz część mnie (odkąd pamiętam),

więc najbardziej słona – pozostaniesz spadkobierczynią
miłości – nawet jeśli upadnę i utonę. A ciało
odpłynie bez echa: to ta jedna, dwie, a może
nawet trzy będą pamiętać gdzież zderzyły się,

gdzie karmiły i gdzie zatrzymały się w procesie
miłości, bo sąd zamyka swe wyroki w dniach…
Odnajdą swe upodobanie i włości, gdyż pilnuję biegu.
W sercu te trzy klucze do rdzenia sumienia

(biegu, stania nocy i dni).