Malarz – wieczny żebrak, proszący rzeczywistość o jeszcze jedno spojrzenie
Filuterny złodziej światła, który więzi słońce w klatkach ram
A wieczorem dotyka pędzlem tam, gdzie świat zaczyna pękać
Niemy rozmawia z cieniem w języku, którego nie zna noc
Ukrzyżowany między bielą czystego płótna a krzykiem koloru
Bóg palety, niewolnik pigmentu, szukający odcienia, który nie istnieje
Ma swe dłonie brudne od tęczy i serca pełne chłodu
W jego paliczkach drewniane trzonki pędzli stają się kluczami do niewidzialnych miast
Ten samotny architekt światów, w których sam nie potrafi zamieszkać
Co dzień patrzy na świat przez pryzmat niedokończonych portretów
A każde jego pociągnięcie pędzla to cichy bunt przeciwko ziemskiemu przemijaniu
Mieszając na palecie poranną mgłę z kurzem łajdackiego zapomnienia
Oto nowa era! Chwyć za skrzydła moment
Zanim ten zdąży uciec w przeszłość lub spaść w przepaść