Ważąc grzechy

Sięgam po gmach niebieski – stoję na tratwie pożegnań
Wybiegam w wersologiczną przepaść, by złapać przeszłość
upuszczoną przygodnie bez zorientowania. Umiem i nie,
ubierać się w artyzm wyznania, bo bezwstyd zostawiam

ogierom na wybiegu. Klęczę tylko przed krzyżem dziesięciu
desek, każda drzazga umiera zatorem łzy w oku reumatyzmu
i grzęzawiska. Kałuże omijam nienagannością formy –
ugorem eklektycznej zarazy: frasobliwej miny widzialnej

i słyszalnej. Zjednoczonej podczas aktu transcendencji, ubolewam
nad słowy. Który wybrał wiarę – będzie mu sprzyjać. Mając
tylko je w drabinie zbitej na potrzeby moje i całego świata.

Jestem klauzulą wyjścia, poza nawiasem pewne traumy uszczypnięte
wedety, sen mój snem proroka. Mam i nie mam porządek
w pięknie wszelkich postaci: wiersza…

* * *

promień śledzący uniesienie, gwizd ślizgający się
na chodach, nadgryzione morze, uszczypnięte

chmury i niebo. Podjęto próbę napisania prostego
wiersza: runęło upojenie, góry wypiętrzone

mówieniem – cisza pomiędzy ciałami niebieskimi
zręczność doboru oddech: do rzeźby ciała

i nieuchwytności ducha. Rusztowanie sięgające
gwiazd wali się, ustało bicie – zaczęło się: spadek

ciśnienia w śluzie pomiędzy przesileniem,
a równonocą? Seplenię w twoje milczenie pustynie

kultury żywej: kultury martwej owoce może umiej mówić – przyodziana lecz
umarła – miłością. Uczucie: tak odlegli, a bliscy

Młoda para

W deszczu
Niebo upada – upadają oklaski

Dłonie podnoszą
Cykliczność
Świętych oczu

Świeckich policzków
Od pychy zrzeczonych przywileju Nieba

Które widziały
Występek i prawdę, choć nazwy puste
To ty tupiesz
W ziemię jak hotel puka z obłoków

Chciałbyś zakłamać
Swe nierządu przywileje
Od ostatniego spotkania
Minęły sekundy
Ukradłeś je parze

Zniszczyłeś człowieka
Zachód cię poniży
Który był dobrą istotą
Głodnych pór roku

Praleizm prawdziwy

zawsze napiszę
zawsze zrobię
zawsze popełnię przemilczenie
zawsze podniosę dźwięk
by
zawsze torturować strach
a dać radość szczęściu
zawsze pędzę i zawsze hamuję

moje życie zawsze
bo w ciągłości jest wyraz Boga, który zawsze
popełni to za czym tęsknisz
a zawsze będzie świat
a zawsze będzie noc
a zawsze będzie miłość

bo zawsze upada
bo zawsze podnosi się
bo zawsze jest neutralne
bo zawsze jest wygrane
bo zawsze jest przegrane
bo zawsze tuli się
tli się i popieli

i zawsze stawia kropkę
by zawsze dać przecinek
by zawsze zapytać i wykrzyczeć
retoryczne: zawsze
jak wybraniec gwiazd
zawsze pytaj
masz popyt na wichurę i orkan w wieku wiekach

amen

zawsze nieistniejące
a spowiedź – skuszę
zawsze pędzę
zawsze wędzę
zawsze gotuję
zawsze parzę
zawsze duszę
zawsze urabiam
skruszę mur, bo napiszesz, to czego nie napiszesz
bo wiesz
bo wiesz
bo wiersz
że jesteś tanią podróbą

upatrzono sobie gwiazdę, aby się wyżywać

byłem wierny każdej anaforze
i nigdy nie zabrakło mi chleba
bo zawsze, zawsze, zawsze i zawsze
wierzyłem

Tak, to do ciebie

Jestem kochanym dzieckiem stulecia, studnia gubi kręgi
im dalej wzrokiem sięgniesz, tam sercem nie sięgniesz
bo dojrzysz prawdę: sensu stricte – prawdę.
W gardle ludzie chorzy na jad, a wąż był jedynym sygnatariuszem

słowa mówionego. Jeśli umrę mogę – czekać wieczność
na spełnienie Nieba. Wpierdol mnie za prawdę mówioną,
za prawdę pisaną, za to czego nie ujarzmiłem a ujarzmię,
bo wedle postanowień, nowych prawd, odwiecznych

prawideł, bo używam tych samych słów, już drugi raz.
Do trzech każą mi liczyć kaznodzieje, a ja lubię filozofów
w perukach koloru świecącego. Uświęcę twój wygląd
swoim wersetem, jak Pan przykazał – nie rozłamiesz mnie

twoja sztuka to plastik, a ja nie należę do gatunku, który
nabierze się na gówno. W oceanach tony: fauna krzyczy,
flora swe dziedzictwo umartwia pewnością nad niepewnością
niepewnością nad wahaniem, to dla ciebie ta filozofia.

Wstydzę się ciebie, twoja orientacja upokorzyła ciebie do
setnego pokolenia.

Dla taty i mamy

w prawdzie powątpiewa uchylona zadość

połowę słońca gwizd: jego żaru budzi oddechy
przeciwko ludzkości
przeciwko prawdzie nie wystawiono jeszcze broni
takowej nie ma od salutowania gwiazdom bolą
wersy, choć jest ich coraz mniej, coraz więcej

muszę jeszcze zapytać o języki świata – czy pomieszanie
ich było kwestią przypadku, a może taiłeś poród
w sentencji mądrość twa urasta dniu i nocy
czy musisz zamawiać dla swych synów okamgnienie?
bądź niedowidzenie – choć tego nie ma

ujmij mnie, wspomnij gdy zapomnę, unieś brew
w okoliczności dla mnie niesprzyjającej
nigdy nie wypowiem, że zostawiłeś mnie dla pełni
bo mam nów, a tango trwa, senność półkuli lewej, jak ostoja w czasie niepewnym

nadzieje nadejdą, zwątpienia przybędą, umiejętności nabyte:
wiersz to wytrzyma, który kocha mnie
tak bardzo mocno, jak ja swoich rodziców

Naiwne

żebra zdzierają miąższ z bruku. kłaniam się
– mgłom, twoje naturalne ciepło sporządza
mapę dwóch ciał cierpiących na jedno życie,
czytani przez morze na wskroś głęboko

trzy języki: – język prawa, – język poezji, – język
w ustach. język: – migowy, – polski, – programowania.
zbudujmy wypowiedz tak, aby trzy liście za
bugiem zgubione. pozwólmy bogu, być bogiem

i w trzech koronach mieszkać jak u mamy:
– zupa grochowa, – miękka pościel, – smalec do
chleba. upadam trzy razy, w rękach mając
dzień i noc. błędy w życiu, żadne raz dwa trzy

nie wypędzą mnie, – umrzesz ty, – umrę ja,
– umrze świat, są jeszcze pory roku, której jeśliby
zabrakło ludzkość wyginie, jak trzy kropki
i niedomówienie za to co było i jest po śmierci.

na koniec pomieszały się… wniknąłem w sęk
– miłość jako noc, rozumiesz to, co przeżuwasz
– oddech znieczula dotyk świata, w kondukcie
żałobnym ptaki, nie chowaj głowy do gniazd zimowych,

w poetyckich intérieurach, wezwij, zajmij się
własnym horyzontem, krople deszczu w butonierce,
jak sezon w piekle. anonima – per procura
klepsydry? biały kolor ścian, szron zdzierany na

marginesie, liczą – gwar: słowa, są jak piasek na
pustyni – gdy chcemy im nadać sens rozsypują
się, już gotowy rękopis kpił z wolnego słowa;wybacz,
ale nie uczestniczę w niczyim telefonie zaufania

ulice powodują, że jestem szczęśliwy, dla szczęścia
zamiotę wszystkie gwiazdy, twoja cena, jest
proporcjonalna do wagi. w muzyce róż jesteś znany
wszystkim, europa się jednoczy wyprowadzką

donikąd

Czyste ręce

Jestem studnią, która nigdy nie wyschnie
dopływ prawy – lewy – język pragnie, woda poddaje
spekulacja i pewność
głuchością leczy ranę po wydobyciu

Jestem długiem zaciągam się
w galonach, by
wyrzec się szlachetności kryształów
której się nigdy nie wyrzeknę
który to mój ojciec – to mój ojciec

wiercę do głębiny o przypływ pytając Posejdona
nic złego cherubin mówi:

oddzieliłem wody powierzchniowe od wód firmamentu
dałaś światło, światło pozostało
umie wytworzyć jutro, skamienieć wczoraj

Wszystko jest dobre
uchwyci ciężar wody, którą obmyłeś ręce

Genesis

Dotknij mojego słowa – wyrwij mnie z niepisania
ulep posąg z myśli puszczonych w miłość,
bo jeśli się puszczać – to w miłość, nic ponad to

ponad popiersiem krążący ptak utrzymuje urząd
prezydencki – pewności i niepewności,
zaległości zachłannej, altruistyczny szkic ponad stan.

Mam ugodę i porozumienie ze stadem w środku
frazy pies pasterski, linia i chytry wilk na obwodzie
zamyka ramy, a w nich mieszczę fenomen genezy

umierającego słowa, bo słowem byłem, słowem
jestem i słowem będę. Bez obrazy dobry Boże
zastanawiam się: czy wyszedłem z tej męki zwycięsko i tryumfalno?

Własne słowo

innej wtorkowej pasji nie będzie
choć dziś, to dziś, a jutro – to jutro
brodzę w zapale umysłu czystości

wierność sobie: odpowiedzią
pokuta ma stygmaty twarzy dobrego imienia
– firmowa woda obmywa ręce

na górze jest wszystko wiadomo
na górze nic nie jest wiadomo

ujęcie rzek powoduje dryf kry namiętności

czytam – czekając, własne słowo